Podsumowanko noworoczne – część pierwsza!

Zima zima, zima.
Pada pada śnieg.

Właściwie to nie pada, ale i tak kończy się rok. A skoro kończy się rok, to wieloletnia tradycja wzywa do jakiegoś podsumowanka. Tym razem będzie nieco mniej tradycyjnie, albowiem zachwyceni nowymi możliwościami, crowd-sourcingiem, blogosferą i rzeszą wspaniałych znajomych, których przez kilka miesięcy Geekozaurowania udało nam się zdobyć, postanowiliśmy podsumowywać grupowo, nostalgicznie i bardziej w stronę ogólności, niż zestawienia rocznego! A co, wolno nam!

Do współpracy z ryczącym Geekozaurem zaprosiliśmy prawdziwy komitet popkulturalnych konsumentów. Otwiera go tradycyjnie uwielbiana przez nas pierwsza dama śląskiego gamingu – Nadya, z którą mieliśmy okazję współpracować przy rankingu 30 łotrów! A za nią postępują satelitarna wiedźma z orbity – Aeth, międzygatunkowa konkurencja – popkulturalny Zwierz, królowa polskiej urban fantasy – Aneta Jadowska. A kiedy zorientowaliśmy się, że jesteśmy błogosławieni między niewiastami, z pomocą przyszli nam Simon Zack, pisarz i Rycerz Różowego Jednorożca oraz Ivellios Mirimafea, dyrektor wykonawczy Raportu Obieżyświata. Cała ta wesoła gromadka miała przywołać na koniec roku bardzo proste zestawienie. I tak się stało. A jako, że materiału wyszło dziesięć kilometrów, to dzielimy go na dwie części!

Część pierwsza obejmuje:

Trzy najbardziej śnieżne filmy – bo przecież zima zła!

Trzy najbardziej sylwestrowe kawałki – za chwilę odpalamy sztuczne ognie i szampany!

W części drugiej znajdziecie:

Trzy najbardziej świąteczne książki – bo coś trzeba robić w przerwach między odpoczywaniem, jedzeniem i imprezowaniem.

Trzy gry na zimowe ferie – bo kiedy święta się skończą, musimy mieć pod ręką coś, żeby spacyfikować młodzież lub rozerwać się samemu.

Do dzieła zatem. Na rozgrzewkę – bo przecież zima zła – poprosiliśmy o listę trzech najbardziej śnieżnych filmów.

zest_anetBieg rozpocznie Aneta Jadowska – pisarka i badaczka literatury. Nie lubi bezczynności i nudy, więc kończąc prace nad sześciotomowym cyklem o policjantce-wiedźmie, już obmyśla kolejne powieści. Czyta wszystko co jej wpadnie w ręce, uwielbia seriale kryminalne i muzykę rockową.

Marsz pingwinów – z Morganem Freemanem podkładającym głos pod dramatyczne losy stada pingwinów – wstrząsające. Jako stworzenie praktyczne i przewrotne oglądam to zawsze w największe kanikuły i ataki lata, bo robi się chłodno od samego patrzenia na te połacie lodu i posiniałe z zimna stópki pingwinów.

Cała zima bez ognia – polskiego reżysera Grega Zglińskiego i nawet nie pamiętam, czy tam był śnieg, ale mi się zimno robi jak sobie o nim pomyślę. [Nie ma trailera, ale jest za to cały film za darmo do obejrzenia]

Kochankowie z kręgu polarnego – śliczna opowieść o Anie i Otto, zbiegach okoliczności i nie zawsze wykorzystanych szansach i nie zawsze sprzyjających okolicznościach. Dziwaczne zderzenie kina hiszpańskiego i skandynawskiego, więc oczywiste, że będzie chłodno, mało słów i sporo punktów w których logika się zawiesza, ale moim zdaniem warto obejrzeć.

Oto i kobieca wrażliwość… Geekozaur obstawiał inaczej. Oto trójka od lucka:

Dod Sno – norweska odpowiedź na kino zombie. Czarne płaszcze od Hugo Bossa nigdy nie przejdą do lamusa historii, nawet pobielone śniegiem.

Batman i Robin – mimo że był to najbardziej czuły z wszystkich Batmanów, to jednak Arnold Schwarzenegger zmroził film swoją obecnością.

Fargo – niezwykła sprawa kryminalna w Minessocie, w której wszyscy są mili i grzeczni – oprócz śniegu, psychopatycznych morderców i maszyn do rozdrabniania gałęzi.

Kolej na Puszona:

The Thing – czyli wielkie i doskonałe Coś w reżyserii Johna Carpentera na podstawie noweli Campbella. Antarktyda. Śnieg wszędzie. Zło from the outer space…. Brrr..

Lew, czarownica i stara szafa - Niby zimy i śniegu tam za aż tak wiele nie ma, ale jeżeli Białą Czarownicą jest Tilda Swanton, to zamarza nawet woda w czajniku.

Grinch: Świąt Nie Będzie - jest tak zimno, że nawet wygłupy Jima Carreya nieco grzeją publiczność.

Zwierz popkulturalny odpowiedział tak:

Frozen – motywem przewodnim filmu jest teoretycznie lód, ale śniegu tam też co nie miara. Animacja Disneya może nie dla wszystkich (niektórzy udają, że są za starzy, niektórzy nie mają żadnego dziecięcia do pożyczenia od znajomych by udać się z nim do kina) ale jeśli chodzi o animację śniegu to jest to mistrzostwo świata. Nigdy jeszcze śnieg nie był tak ładny na ekranie.

Fargo – a teraz coś z zupełnie innej beczki. Czyli śnieg, krew i bracia Coen. Nie ma zbyt wielu lepszych filmów od Fargo. Jeśli nie widzieliście powinniście właśnie poczuć lekkie ukłucie wstydu.

Lśnienie – King lubi zasypywać swoich bohaterów śniegiem. A tu śnieg odgrywa rolę wręcz kluczową. Oczywiście mowa o nie do końca wiernym wobec książki Lśnieniu Kubricka. Bo to taki dobry film jest.

Z orbity Wiedźmy dostaliśmy kolejne mocne zestawienie:

Frozen – półtoragodzinna historia trójki przyjaciół zawieszonych na wyciągu krzesełkowym to nieźle trzymający w napięciu horror, który zadbał o akcję tak samo jak o swoich bohaterów. A tego się wręcz nie spodziewałam.

Zamieć – nigdy nie chciałabym mieszkać na zimowym odludziu Antarktydy, ale po obejrzeniu “Zamieci” – filmu tylko średnio udanemu – zapragnęłam zadomowić się w stacji naukowo-badawczej Amundsen-Scott.

Dod Sno – norweski horror o nazistach zombie to film obfitujący nie tyle w śnieg – naturalnie – co w absurd goniący absurd. Obejrzałam dopiero niedawno i wciąż zastanawiam się, co to (the f*ck) właściwie było.

zest_nadNatalia ‚Nadya’ Dołżycka – z zawodu creative manager, z zamiłowania geek. Nałogowy gracz w Mass Effect 3 Online, organizatorka konwentów (Goblikon, Porytkon), RPGowiec, fanka literatury fantastycznej. Członek najlepszej Konwentowej Grupy Imprezowej do Zadań Specjalnych – NACH Team. Prowadzi bloga jestemgeekiem.pl, na którym pisze o geekowskim lajfstajlu (zupełnie, jak my, więc musi być fajna!). Swoje zimowe zestawienie zaczyna od trzech filmów:

Coś – jest wszystko: śnieg, naukowcy, atmosfera zagrożenia, „coś na progu” i niezapomniany Kurt Rusell. Krew ścina się w żyłach i to bynajmniej nie ze względu na temperaturę na Antartydzie. No i pamiętajcie, żeby szczepić swoje husky.

Dod Sno – wszyscy wiemy, że naziści byli źli (choć dobrze się ubierali). Gorsi są już chyba tylko naziści-zombie. Na dodatek wkurzeni naziści-zombie gdzieś w norweskich górach w środku zimy. Ale tylko do czasu, kiedy spotkają równie wkurzonych norweskich nastolatków.

Lśnienie – po obejrzeniu tego filmu już żaden labirynt z żywopłotu nie będzie taki sam. Nie wspominając już o samotnych hotelach w górach czy małych, kauczukowych piłeczkach. Nie oglądać samemu, ani w towarzystwie sióstr-bliźniaczek.

Czas na klub dżentelmenów. Simon Zack mrozi oczy przy niniejszych filmach:

Szklana Pułapka 2 – bo Bruce Willis, bo w świetnej formie, młody, rześki i w ogóle, bo jest akcja i to non stop, bo nudzić się nie sposób, klimat świąteczny w tle i jest „Yippee-ki-yay, motherfucker”.

Opowieść Wigilijna – z Patrickiem Stewartem. Jakieś pięć lat temu postanowiłem rozpocząć swoją własną, prywatną tradycję świąteczną. Co roku w Wigilię oglądam film – no właśnie – Opowieść Wigilijna wersja z Patrickiem Stewartem w roli głównej. Sama opowieść jest już klasyką, a kreacja Picarda bardzo, bardzo mi podchodzi. Film jest dla mnie idealnym dopełnieniem klimatu Świąt.

Coś – jeden z moich ulubionych horrorów. Kurt Russell – klasa sama w sobie. Od pierwszych sekund jest zimno – lód, śnieg, Antarktyda, spece od klimatu i magii kina odwalili kawał świetnej roboty przenosząc nas w realia konkretnej zmarzliny (szczególnie, że film w 100% kręcony w studiu, a na zewnątrz panowały upały +30 stopni C :P ← geek knowledge).

Last but not least – Ivellios:

Iron Man 3 – Marvel znowu grzebie przy zbrojach Tony’ego Starka. Wybuchy, pościgi, wybuchy, super sprzęt, wybuchy, romans i czy mówiłem już o wybuchach? Niestety! Ale Robert Downey Jr zdaje się nie tyle grać, co żyć tym filmem. A może to tylko ja jestem takim fanem jego umiejętności aktorskich?

Hobbit: Desolation of Smaug – jeszcze nie widziałem. Tak, ja zadeklarowany maniak Tolkiena, na razie świadomie zrezygnowałem. Na razie! Nie spodziewam się jednak, żeby Jackson przejął się ciężką krytyką po Unexpected Journey. Konsekwentnie realizuje własną wizję Śródziemia. Dobrze! To w końcu adaptacja, nie ekranizacja.

Gra Endera – dla zagorzałych czytelników Carda. Mocno podziurawiona fabularnie produkcja ma zaskakująco sporo sensu dla randomów. Ford i Butterfield w rolach głównych sprawdzili się bardzo dobrze i my – czytelnicy – także nie poczujemy się zawiedzieni.

Pozwolimy sobie na jedno zdanie podsumowania – lubimy, kiedy nas straszą zimnem, śniegiem i potworami, pod warunkiem, że siedzimy sobie pod cieplutkim kocykiem, a potwory biegają w telewizorku. Drugi kawałek zestawienia jest jeszcze prostszy! Tym razem zapytaliśmy o trzy najbardziej sylwestrowe numery muzyczne. Nie było trudno i posypało się trochę klasyki… i trochę dziwactw.

zest_aeth

Agnieszka Jędrzejczak czyli Wiedźma na Orbicie pierwsza zauważy nadejście Nowego Roku i właśnie dlatego zaczniemy od hiciorów serialowej królowej.

 

Rihanna – Cheers (Drink To That) – Być może nie jest to najbardziej imprezowa piosenka na świecie – pomimo bardzo imprezowego motywu – ale dzięki stonowanej melodii ma niezwykłą siłę przekazu. Sylwester czy nie, wypiję za to, żeby żyć pełnią życia.

Beyonce – Countdown – Choć tytułowe odliczanie nie odnosi się wcale do sylwestrowej nocy, to nawet wyliczanie zalet miłości w wykonaniu Beyonce potrafi w sekundzie porwać mnie na parkiet. Piosenka niezwykła, niezwykle zaśpiewana i na dodatek niezwykle nakręcona.

 

Village People – YMCA – Bo nie słyszałam chyba radiowego Sylwestra bez donośnego męskiego Y-M-C-A-a.

 

Nadya jedzie klasycznymi hiciorami:

Europe – Final Countdown – koniecznie za pięć dwunasta (kawałek trwa niecałe 5 minut, więc będzie akurat). Do tego można przy nim radośnie pląsać i śpiewać nawet w stanie lekkiego zawichrowania rzeczywistości, bo autor słów zdecydowanie nie ma szans na literacką nagrodę Nobla. Oby tylko nie był to dla Was prawdziwy Final Countdown. ;)

PSY – Gangnam Style – można kochać, można nienawidzić, ale imprezowego klimatu odmówić nie można. Do tego trochę współczesnej Macareny rodem z Korei Południowej i impreza gotowa! No, to kto jeszcze twierdzi, że psy nie potrafią śpiewać?

Michael Jackson – Smooth Criminal – koniecznie w wersji z Moonwalkera. Evergreen totalny i doskonały starter na każdej imprezie. Do tego banalnie prosty do zaśpiewania: „Eny adżułoki, adżułoki eny…”.

zest_zwierzZwierz popkulturalny – blogerka, w chwilach, kiedy nie chce być sobą jest Batmanem, czeka na TARDIS, w emocjonalnym związku z BBC. Kompulsywnie dzieli się swoimi uwagami na blogu www.zpopk.pl – i zupełnie nie dziwi nas przywiązanie do klasyków, jakie Zwierz wykazuje w swoich propozycjach:

Daft Punk – Get Lucky (Official Audio) ft. Pharrell Williams – przez ostatni rok tak często puszczane w radiu i wszędzie gdzie się dało, że ludzie już załapali całe dwa wersy refrenu. Poza tym właściwie na okoliczność nie kładzenia się spać. Oczywiście utwór do słuchania wyłącznie w roku 2013 – za rok będzie passe.

 

Auld Lang Syne  – śpiewane przez wielbicieli tradycji anglosaskiej. Nikt do końca nie pamięta sów, a większość uczestników naszych imprez nawet ich nie zna. Nie mniej możemy poczuć się bliżej wspaniałego świata zachodu. Do odśpiewania w okolicach północy.

Hej sokoły – zawodzone przez uczestników pod koniec imprezy. Urywane nagle w połowie refrenu z powodu osunięcia się uczestników pod stół.

Ivellios ograniczy się w Sylwestra do oglądania Hobbita, niewiele zatem posłucha. Na jego playliście zagościła tylko jedna piosenka. Ale za to jaka…

Pieśń Golluma – Świetny materiał w wykonaniu AVbyte. Krótko przedstawiona w formie audio-wizualnej historia Pierścienia z perspektywy Sméagola. Do posłuchania w Sylwestra. Ale najwyżej raz.

W sentymentalnym nastroju będzie imprezować również Simon Zack:

Sarah Brightman & Andrea Bocelli – Time to say goodbye – przykład piosenki (w sumie pieśni), która sama w sobie jest naprawdę przepiękna i cudowna (i uwielbiam ją pasjami), lecz gdy słucha się jej w zasadzie każdego sylwestra zaczyna troszku irytować. Przypomina coś na kształt hymnu na tonącego, przemijającego Titanica – pierwsze kilka razy może i wzruszy, ale przy przedawkowaniu ma ochotę się wrzeszczeć: Idź już na dno do jasnej cholery, zatoooońńń już!!!

Ylvis – The Fox (What Does the Fox Say?) – Hit 2013 jak nic, a że lubię piosenki, które generalnie pomyślane są jako totalny zgryw, a które nagle okazują się top giga hitami, to ląduje w sylwestrowej muzyce. No i kurcze … w sumie … jak to jest z tym lisem? Co on mówi? I co jak co, ale noga sama chodzi :P

Ed Sheeran – I See Fire – piosenka z drugiego Hobbita – dawno, bardzo, bardzo dawno nie trafiłem na kawałek, który wywołuje u mnie takie ciary, tak bardzo wbija w klimat, nie nudzi się i idealnie inspiruje przy pisaniu.

Aneta Jadowska balować będzie przy muzyce puszczanej przez DJ-Męża:

Bee Gees – Stayin’ alive – kawałek doskonale wyraża nadzieję na przeżycie sylwestra, bo osobiście nie przepadam za tym dniem w roku.

ABBA – Waterloo i Dancing queen – rozkręcą ludzi nawet z moim antysylwestrowym nastawieniem, więc niech będzie bo w głowie odtworzę zamiast teledysku fragmenty „Mamma mia” i w nosie mam wszystkich, którym się ten musical nie podobał, ja uwielbiam Meryl, Stellana, Colina i Pierce’a w cekinowych strojach ze spandexu.

 

A jak się bawi Geekozaur? Świetnie! DJ Puszon zagra:

Europe – Final Countdown – idealne na godzinę zero, przebój jeszcze z czasów mojej podstawówki.

Kaoma – Lambada, potem Los del Rio – Macarena, Las Ketchup – Asareje, a ostatnio Michel Teló – Ai Se Eu Te Pego – czyli rytmy latynoskie i gorące!

Weekend – Ona tańczy dla mnie – 76 mln wyświetleń na YT. Przecież miliony muszą wiedzieć co jest naprawdę dobre. I poleci to pewno na 3/4 sylwestrów w RP

 

A lucek wyciszy się, nastrojowo jadąc złą muzyką:

Wamdue Project – King of my Castle – od zawsze uwielbiam ten kawałek, jest dla mnie najlepszym na świecie party-starterem.

Prodigy – Smack my Bitch Up! – ostre rytmy angielskiego rave dodadzą ognia każdej imprezce.

Sex Pistols – Anarchy In The U.K – znowu brytyjskie nuty, kawałek, który nigdy się nie zestarzeje (aczkolwiek od pewnego czasu nosi marynareczkę hisptera).

A jutro druga część zestawienia!

#0044