Pięć gier, które zrobiły z nas nerdów

Dziś będzie o grach – ale trochę inaczej. Spojrzymy na naszą geekowatość i spróbujemy znaleźć gry, które na nią najmocniej wpłynęły. Będzie mocno emerycko i emocjonalnie.

Uwaga: w tym wpisie znajduje się ponadprzeciętna dawka nostalgii. Osoby uczulone na wywody osobiste, wspominanie przeszłości i syndrom „za naszych czasów było lepiej” proszone są o wyrozumiałość.bana


Bogowie Bal-Sagoth

Bogowie Bal-Sagoth

lucek: na początku były książki. W zasadzie ciężko byłoby o cokolwiek innego, w zapyziałej końcówce PRL-u, na którą przypadło moje dzieciństwo, trudno było o duchową strawę dla nerda. Lem, socrealistyczne przygodówki o podboju kosmosu, Poe, miesięcznik Fantastyka i zasadniczo nic więcej. Pamiętam, jak za pierwsze kieszonkowe kupiłem sobie wydany przez ISKRY zeszyt z serii Magią i Mieczem – Bogowie Bal-Sagoth autorstwa Roberta Howarda. Przeczytałem go, bez ściemy, setkę razy. Drugi zeszyt tego samego autora – Dolinę Grozy – wypłakałem u mamy po szczególnie bolesnym szczepieniu (księgarnia była koło przychodni). Swoją drogą fajnych mam rodziców, skoro kupowali mi takie szkaradzieństwa bez większych sprzeciwów.

Nie wiedziałem jeszcze wtedy, na początku pierwszej klasy szkoły podstawowej, że te dwa słowa – magia i miecz – odmienią mnie całkiem i przetransformują w wyższą, geekowską formę życia. Taki bowiem tytuł nosiła polska edycja Talismanu, wyprodukowanego na licencji (choć złe języki mówią, że bez żadnej licencji – przyp. Puszon) Games Workshop przez firmę Sfera. Przy Magii i Mieczu spędziłem tysiące godzin. Rozkładaliśmy planszę w korytarzu łączącym klatki schodowe na ostatnim piętrze i łoiliśmy z kolegami od rana do nocy. Sąsiad miał podstawkę do drugiej edycji (tej ze smokiem, z 1991), ja Miasto i Podziemia. Czasami graliśmy w ośmiu, a na ruch czekało się dziesięć minut. Paru moich znajomych nauczyło się porządnie czytać tylko i wyłącznie dzięki temu, że tłukliśmy ich po głowach, kiedy zbyt wolno sylabizowali treść wylosowanej Karty Przygód. Gra miała milion ton klimatu i wciągnęła mnie totalnie.

MiM numer 4 - Kryształy Czasu

MiM numer 4 – Kryształy Czasu

Oczywiście – nie na długo. W 1993 roku moje zdumione oczęta zarejestrowały w kiosku pojawienie się czasopisma pod doskonale znanym mi tytułem Magia i Miecz! Co więcej, na okładce znajdowała się doskonale znana wszystkim grafika ze smokiem! Uznałem, że to pismo poświęcone mojej ukochanej planszówce, odłożyłem kieszonkowe i kupiłem magazyn. Wtedy otworzyły się niebiosa i zrozumiałem, że nie jestem na świecie sam. Że gdzieś tam istnieją ludzie, którzy myślą tak, jak ja. I że oni wymyślili coś, co od dawna tkwiło w mojej głowie. Tak spotkałem się z Kryształami Czasu. Co prawda już wcześniej słyszałem o grach fabularnych, ale czytanie niemieckiej wersji Warhammera (z siódmego ksero i bez znajomości niemieckiego) szło mi kiepsko. A tu wreszcie ktoś pisał, z czym to się je i jak to robić. Czwarty numer MiMa zawierał zasady tworzenia postaci do Kryształów. Czysta matematyka, turlanie kostkami (hej, na samym początku losowaliśmy kartoniki z cyferkami z pudełka, bo w moim mieście nie dało się kupić dziesięciościennej kostki…). Zrobiłem tych postaci tysiące, bo i śmiertelność na sesjach była spora. Oczywiście nasza horda od planszowej Magii i Miecz, jak tylko załapała koncept RPG, od razu zdecydowała się zmienić hobby. Graliśmy w KC-ty przez następne trzy lata, przynajmniej trzy sesje w tygodniu. W międzyczasie pojawiły się inne gry, ale to Kryształy Czasu wpłynęły na mnie najmocniej.

Montezuma's Revenge

Montezuma’s Revenge

Kolejny tytuł wiąże się z jednym z najbardziej odjechanych wspomnień mojego dzieciństwa. Pewnie każdy z was miał na osiedlu takiego dzieciaka, który miał wszystko przed innymi. Pierwszy miał pistolet na kulki i pióropusz, a w domu satelitę, odtwarzacz wideo, samochód i komputer. O rany, kiedy mój kolega dostał Commodore-64 na osłodę rozwodu rodziców, marzyłem o tym, żeby moi pokłócili się, odeszli od siebie a mi kupili to magiczne urządzenie. Chodziłem grać do Arka, potem komputer dostał Marek, potem Michał, a po nim jeszcze trzech kolegów z klasy. Rok szkolny skończył się przerażająco szybko, a ja pojechałem na moje drugie kolonie w życiu. Był rok 1988, sierpień. Kiedy wróciłem, w sypialni rodziców stało cudo. C-64 z monitorem (!) i stacją dysków (!!!). Minęło 25 lat, a ja doskonale pamiętam, jak stałem i nie mogłem powiedzieć słowa, a moi rodzice cieszyli się z niespodzianki, jaką mi zrobili. Pierwsza gra, jaką wgrałem na mój komputer miała tytuł Montezuma’s Revenge. Fabuła jest prosta jak świński ogonek. Bohater, Panama Joe, musi zejść na sam dół piramidy wrednego Montezumy, gdzie kryje się pradawny skarbiec. W piramidzie jest coraz ciemniej, wszędzie czają się trujące węże i złowrogie czaszki. Średnio co tydzień rozwalaliśmy joystick na nieustannych próbach przejścia tego prawdziwie oldskulowego labiryntyu. Graliśmy zwykle po jednym życiu – mama, tata, mój brat i ja. Oddając cesarzowi, co cesarskie – moja mama była naprawdę świetnym rabusiem grobów.

Moonstone

Moonstone

Chodzenie do kolegów „na komputer” nie skończyło się po tym, jak dostaliśmy c-64. Jak mawiali Rzymianie – apetyt rośnie w miarę jedzenia. Kiedy ja katowałem komodę i grzałem stopy ciepłem zasilacza, w otoczeniu pojawiły się pierwsze Amisie i pecety. Były to czasy radosnego piractwa, gry na giełdzie kupowało się za podwójną cenę dyskietek, handlarze mieli grubaśne katalogi i wyjące dyski twarde, z których płynęły megabajty dobra. Mortal Kombat, Body Blows, Syndicate, Cannon Fodder, Lemmings, Civilization, Populous, Sim City – dziesiątki tytułów przychodzą mi w tej chwili do głowy. Ale najbardziej wryła mi się w głowę jedna gra – Moonstone. To historia o celtyckich rycerzach, wysłanych przez druidów na poszukiwanie mistycznego księżycowego kamienia. Gra łączy elementy RPG, turowej strategii i nawalanki. Ma niesamowitą muzykę i genialny klimat. Poziom trudności jest absurdalny. Dla początkującego walki będą mordęgą. Niedawno pyknąłem sobie na symulatorze – pierwsze potwory, które kiedyś rozwalałem lewą ręką z zamkniętymi oczyma zrobiły z mojego rycerza papkę. Wspaniała, rewelacyjna gra. Obczajcie intro z YouTubki:

MU: Online

MU: Online

Moją piątkę zamyka tytuł prawie świeżutki (w porównaniu do poprzedników). W 2000 roku na studiach w Krakowie zawitał mój przyjaciel Marcin, który podówczas był jednym z najlepszych zerg-playerów w Polsce (a dziś bawi się rynkami kapitałowymi). Któregoś dnia na serwerze, na którym grał, wypłynął link do koreańskiej gry, podobnej do Diablo. Dopiero po instalacji (klikanie w koreańskie krzaczki rządzi) okazało się, że gra wymaga ciągłego połączenia z Internetem, bo jest wielkim multiplayerem. Zdarzało mi się grać wcześniej w Ultimę Online i przywołane przed chwilą Diablo, ale doznanie, jakie oferowało MU: Online było czymś wyjątkowym. Tysiące ludzi na serwerach, handel, gildie, walki w party. Ten dźwięk, kiedy z tysięcznego mobka poleciał w końcu kamyk. Tryb życia nam się zmienił. Wcześniej siedzieliśmy z piwkiem, graliśmy w starka, oglądaliśmy film i robiliśmy inne rzeczy. Po zainstalowaniu MU – dwanaście godzin grania, posiłek i do spania. Rano – zmiana, Marcin się kładł, ja siadałem do kompa i grindowaliśmy. Parę tygodni takiego warzywienia pozwoliło nam wciśnąć postać do topowej gildii. Dopiero wizja nadciągającej sesji wyrwała nas ze szponów uzależnienia.

Puszon: Kiedy lucek zaproponował ten temat mocno mnie zaskoczył. Jak to tylko pięć gier? Ale potem pomyślałem sobie, że choć grałem w setki czy raczej tysiące gier (komputerowych, konsolowych, karcianych, planszowych, RPG, imprezowych czy ruchowych i jeszcze sporo nie łapiących się w żadną z powyższych kategorii) to jednak geekiem uczyniły mnie tylko niektóre z nich. I to takie, o których wspomnienia zaskakują nawet mnie samego.

Tak się potoczyła historia życia mojej rodziny, że między 2 a 6 rokiem życia większość czasu spędziłem w Iraku (poza momentami kiedy byliśmy ewakuowani z uwagi na nasilenie się działań wojennych na froncie iracko-irańskim). Miało to dla mnie wspaniałe skutki – dzięki temu długi czas to ja byłem tym wspominanym przez lucka dzieciakiem, który miał wszystko jako pierwszy. Bycie jedynakiem rodziców zarabiających dewizy sprawiło, że z Lego (najpierw w wersji Duplo) byłem od razu za pan brat, już jako niespełna trzylatek umiałem obsługiwać video („zielony to play, a kwadracik to stop”), na których miałem całą masę bajek Hanna-Barbery i Disneya, zaś niedługo później dostałem ATARI.

Pac-man

Pac-man

Takie duże brązowe pudło, do którego wkładało się „kajtridże”, a na każdym z tych (kosztujących pewnie pół pensji pracownika PRL) cudeniek znajdowała się osobna gra. Do tego joystick (a nawet dwa) i dzięki temu już we wczesnych latach 80-tych stałem się graczem konsolowym. Niezbyt pamiętam konkretne gry w jakie wtedy grałem, na pewno były tam strzelanki (Outlaw), gry sportowe i wyścigi (Grand Prix), no i był Pac-man. Żółty stworek zjadający kuleczki i uciekający przed duchami, od razu stał się moim faworytem. Idealne połączenie gry, w której na początku odnosisz sukcesy, a potem jest coraz trudniej sprawiło, że wciągnąłem się w gry, granie, sprzęt komputerowy i inne takie dziwne jak na tamte czasy rzeczy. No i aż do czasów pojawienia się u moich kolegów Timexów, czyli klonów ZX Spectrum byłem posiadaczem najfajniejszego sprzętu do grania w okolicy.

Konsola wędrowała przez ręce kolejnych dzieciaków z rodziny i okolic, by ostatecznie zaginąć gdzieś u kogoś z końcem zeszłego millenium. Przez całe te lata było to dla mnie po prostu „Atari”, teraz wiem, że było to kultowe Atari VCS znane również jako Atari 2600.

Great Escape

Great Escape

Gdybyśmy pisali o większej ilości gier, to przy okazji Timexów wspomniałbym zapewne o wspólnym graniu w Great Escape, gdzie we trzech czy czterech wspólnie – na zmianę (choć jako jeden gracz) uciekaliśmy nazistom z obozu. Oczywiście działo się tak tylko wtedy, jeśli gra wczytała się po 45 minutach nerwowego oczekiwania przy starym magnetofonie (tak dzieciaki, kiedyś gry komputerowe nagrywane były jako pasmo szumów i trzasków na zwykłe kasety magnetofonowe (tak dzieciaki, kiedyś istniały kasety magnetofonowe)). Grono, w którym grywaliśmy w Wielką Ucieczkę to przede wszystkim moi wakacyjni kumple Łukasz i Witold, z którym przez kilka(naście) lat jeździliśmy w to samo miejsce w góry i tam wspólnie robiliśmy najróżniejsze rzeczy – od grania w piłkę, przez budowanie baz na drzewach (bądź bunkrów), aż po granie w pierwsze poważniejsze niż Chińczyk czy Monopoly gry planszowe.

Wojna o Pierścień

Wojna o Pierścień

To dzięki nim odkryłem Tolkiena (Witold opowiedział mi najpierw „mniej więcej” całą historię), wszyscy byliśmy nim zachwyceni, więc gdy tylko pojawiła się gra planszowa Wojna o Pierścień, wydawnictwa Encore to zaczęliśmy w nią nałogowo grać. Nie było to łatwe, gdyż – jak wspomniałem – było nas trzech – zaś ta dość hardcorowa strategia przeznaczona była dla dwóch graczy. Ale szybko wymyśliliśmy, że jeden z nas może grać Sarumanem, jak trzecią siłą, z czasem wprowadziliśmy jeszcze więcej zmian i modyfikacji – gra stała się wówczas ciekawa, interesująca i naprawdę grywalna. I tak na dobre poznałem fantasy i gry planszowe. Oraz zdobyłem pierwsze szlify w tworzeniu zasad gier. Niekoniecznie spodziewałem się wtedy, że dwadzieścia lat później będę prowadził własną firmę wydającą planszówki. Cóż, los uwielbia robić ludziom niespodzianki.

 

Warlords

Warlords

Gralibyśmy w nią znacznie dłużej, gdyby nie to, że Witold przywiózł na wakacje (chyba 1993) peceta z zainstalowaną na nim (oczywiście piracko) grą Warlords 2. Świetna gra strategiczna z masą oddziałów, fajnymi zasadami oraz możliwością grania (na „hot-seat”) nawet w 8 osób! No i zaczęło się. Komputer był uruchamiany o 9-10 rano i codziennie działał do tej 23-24. Każdy po kolei grał swoją turę, zdobywał zamki, realizował questy, a następnie czekał… i czekał, bo z czasem i graczy było nawet 6 do 8, a każda tura była coraz dłuższa. Więc w wolnym czasie grywaliśmy czekając na „dorwanie się do kompa” w ping-ponga czy siatkówkę. Ba nie przeszkadzało nam nawet do, że monitor początkowo był tylko monochromatyczny. W kolejne wakacje były już dwa pecety w dwóch domkach, więc pielgrzymki kursowały pomiędzy nimi.

Warhammer FRP

Warhammer FRP

Na początku drugiej klasy liceum zauważyłem, że kilku moich kolegów zostaje po lekcjach w szkole i robi wspólnie coś dziwnego. Niby w coś grają, bo pełno kartek i dziwne kostki, ale nie mają przecież planszy. No i po co im ta wielka gruba książka z napisem Warhammer? Wkrótce dowiedziałem się i koniecznie chciałem zagrać, ale MG (a był nim znany wielu z was Szalony) powiedział, że nie ma problemu, tylko drużyna musi wyjść z podziemi „bo przecież nie ma logicznej przyczyny jak wytłumaczyć, to, że twój krasnolud znajdzie się w podziemiach, w których oni już są…”. Mieli wyjść z nich na najbliższej sesji, miałem więc przykazane siedzieć z nimi – słuchać i „nauczyć się jak grać”. I tak siedziałem i miałem coraz większą ochotę, a oni przez trzy sesje nie mogli sobie poradzić z opuszczeniem dungeona. Nie zraziło mnie to, wręcz przeciwnie, zacząłem erpegować z żarliwością neofity i jakoś tak się stało, że to długo właśnie Młotek był głównym systemem, w który grałem. I jedynym (no poza Okiem Yrrhedesa) jaki prowadziłem. I momentem mega zwrotnym w moim życiu, bo to przez niego zacząłem jeździć na konwenty. A potem je organizować. A z tego była już prosta droga do założenia Kuźni Gier…

Wolsung

Wolsung po amerykańskiemu

No i tym samym dochodzimy do ostatniej gry, która uczyniła mnie geekiem. Bo trzeba być prawdziwym geekiem i wariatem, aby w Polsce wydawać RPGi. A jednak zdecydowałem się na ten krok i wydałem stworzonego przez Garnka i lucka Wolsunga. Naprawdę wyśmienity kawał RPG w steampunkowym i steampulpowym świecie. Gdy piszę te słowa właśnie skończył się pierwszy nakład Wolsunga. Pracujemy teraz nad edycją 1.5.

Macie swoje ulubione gry? A dacie radę wskazać wśród nich te pięć, które spowodowały, że dziś możecie zaliczać się do kasty uprzywilejowanej i nosić dzielne miano nerda? Być może wasze zestawy są kompletnie różne od naszych? Podzielcie się!

#0007