Krakon, krakon i Po-krakon (Krakon 2013 i Polcon 2013 – relacja)

Leniwy Geekozaur długo zwlekał ze swymi relacjami z Krakonu i Polconu, ale jak już się zebrał w sobie to przywalił. Choć głównie nie tym, którym w dotychczasowych recenzjach przywalano.

Na szczęście Geekozaur naprawdę zna się na konwentach, był na takiej ilości, że szkoda gadać, a w dodatku trochę poniuchał, no i ma odpowiednią perspektywę czasu.

Panie i Panowie – oto luckowoPuszonowe przydługie 3 grosze na temat dwóch najbardziej opluwanych imprez fandomowych w tym roku.

Kraków przez wiele lat błyszczał na polskiej scenie fandomowej. Krakowskie konwenty kształtowały wygląd wielu innych konwentów w Polsce pokazując, że można łączyć „czytaczy” i „graczy”, robić ładne identyfikatory i sensowne informatory. Cały kraj zjeżdżał się na Krakony, gdzie świętowano hucznie i bawiono się zacnie. Pół kraju przybywało na Imladrisy (przyjedźcie na Imladris 2013!), gdzie zabawa nie kończyła się nigdy. Drugie pół przyjeżdżało na ConQuesty i ConStary i płakało, kiedy konwentowanie czas było zakończyć.

A potem Kraków umarł, zupełnie jak bułgarski chłop. I nie było niczego przez parę lat. Na koniec pojawiła się wrocławska fundacja, zarządzana przez osoby z Sosnowca i postanowiła organizować nowe Krakony, które – nie wiedzieć czemu – były imprezami mangowymi z nieprzesadnie wielką dawką fantastyki czy RPGów.

Tegoroczny Krakon był próbą powrotu do korzeni. R-Squad (na szczęście…) wycofał się z organizacji, rzucając wszystko tuż przed konwentem. Mimo tej wolty koordynator imprezy – Łukasz ‚Morfion’ Kaleta postanowił, że Krakon się odbędzie i działając niejako przeciwko wszystkim, doprowadził festiwal (ech… namnożyło się tych festiwali) do szczęśliwego końca. Czyli do zrobienia imprezy, na której zwykli uczestnicy – nie znający tła i fandomowych wojenek – bawili się całkiem nieźle.

Dużo jadu polało się w sieci na Krakon. Spora część całkowicie słusznie – organizacji przytrafiło się zdecydowanie za dużo syfu. Nieoczekiwane zmiany sal, wędrujący program, brak jasnych errat, dwie prelekcje o tej samej porze (to spotkało nawet Geekozaura!). Do tego problemy lokalowe – sporo problemów sprawiał wąski korytarz przy akredytacji, czy wąski hall ze stoiskami wystawców. Sytuacja z klubem Studio i jego ochroniarzami też nie poprawiła PR imprezy, zaś rozdmuchana zadyma z Mastertonem dopełniła obrazu klęski.

Ale jednak wcale nie było tak źle, co więcej zdaniem Geekozaura było dużo, lepiej, niż na Krakonach w 2011 i 2012 roku. Program, mimo zjebek organizacyjnych, był dobry i widać było, że stał za tym pewien zamysł (wspomnijmy choćby bloki steampunkowy czy horrorowy). Zaproszeni goście byli znacznie ciekawsi niż na dwóch wcześniejszych edycjach. Wreszcie też dominował klimat imprezy fantastycznej, z piwkiem i erpegami, a nie bandą pofarbowanych na różowo 13-latek i śliniących się na ich widok trzydziestoletnich otaku made in Poland.

Geekozaur ma na koncie blisko trzydzieści zorganizowanych konwentów. Doskonale wie, jak trudny jest żywot organizatora czy koordynatora imprezy. Wie, ile czasu trzeba urwać, kosztem snu, rodziny i pracy. Zna gorzki smak negatywnej krytyki, choć w czasach kiedy robił konwenty krytyka nie pojawiała się od razu na sieci. Cóż, może nie wszyscy pamiętają, ale jeszcze parę lat temu nie było fejsbunia.

Dlatego dalecy jesteśmy od wieszania dużych ilości psów naraz na Morfionie czy Toudim. Przeciwnie – ich ciężka, niewdzięczna robota doprowadziła do tego, że spaczona dwiema poprzednimi edycjami marka Krakonu zaczyna odzyskiwać sznyt fantastyczny. I jeszcze jedno – taki Krakon, przeniesiony w 1993 lub nawet 2003, byłby hitem i sukcesem. Tak, tak. To były czasy, kiedy papier toaletowy w szkole konwentowej był luksusem, drogie dzieci. A 1000 osób na konwencie stanowiło, że był ogromny. Ale takie rzeczy pamiętają już chyba tylko dinozaury…

Puszon i Graham Masterton. Nie należy wiązać tego zdjęcia z niesłynną aferą

Puszon i Graham Masterton. Nie należy wiązać tego zdjęcia z niesłynną aferą

Z Krakonu teleportowaliśmy się na Polcon. Tym razem do Warszawy, na Politechnikę. Wierzyliśmy święcie, że ekipa Avangardowa, na czele z Xarikiem i MaWro, da nam to, co lubimy najbardziej – porządny konwent z dobrym programem, świetnym informatorem, dopracowany i dopięty. Co prawda Avangarda na przygotowania Polconu miała tylko rok, w miejsce zwyczajowych dwóch, ale z drugiej strony co lato organizowała duży konwent (i kilka mniejszych imprez), więc byliśmy pewni, że będzie dobrze. Przypomnijmy, że stowarzyszenie zgłosiło się do organizowania najważniejszej imprezy fandomu awaryjnie, po tym jak pewien toruński guru położył koncepcję krzyżackiego Polconu na obie łopatki.

Dużo jadu polało się w sieci na Polcon. Spora część całkowicie słusznie – kolejka do akredytacji była przerażająca i urągała wszelkim standardom. Wydaje mi się, że gdyby jakiś Zbrodniczy Umysł zaplanował taki fuckup, to nie udałoby mu się go tak dobrze przeprowadzić. Kolejka stała, stała i stała. Niektórzy weszli na konwent po ośmiu godzinach, inni – dopiero w piątek. Inni nie weszli wcale. Absurd totalny. Najzabawniejsze było to, że wśród ludzi z akredytacji widać było tych, którzy głośno komentują kolejki pyrkonowe i podają dziesięć rozwiązań, jak Poznań może ich uniknąć. Szkoda, że na własnym podwórku im się nie udało, ale pewnie ma to coś wspólnego z belkami i słomkami.

Za największy błąd organizatorów uważamy to, że w momencie kiedy problemy zaczęły się, nie rzucili do ich rozwiązania wszelkich sił (po co gżdacze do noszenia wody prelegentom, którzy nie mogli wejść na swoje prelekcje?), nie olali komputerowej akredytacji, a jeśli i to nie dawałoby rezultatów – nie wpadli na to, żeby czwartek uczynić dniem otwartym, a ludzi akredytować na – i przez kolejne dni. Albo wpadli na jakieś inne, ale przynoszące szybkie efekty rozwiązanie… Cóż mamy nadzieję, że organizatorzy różnych konwentów nauczą się na tych błędach, a z całej sprawy wyniknie coś pozytywnego (niektóre dyskusje na liście fandomu dają na to nadzieje).

Acha i jeszcze o kolejce, a konkretnie o artykule o niej na stronie głównej gazeta.pl – to naprawdę słabe, że taki duży (i poważny?) portal publikuje artykuł, o poziomie „dziennikarskim” słabego niusa do Faktu, w którym najważniejsza była tania sensacja i zacytowanie gniewnej opinii jednego z niedoszłych uczestników, a także wysoka klikalność wynikająca z onetowego tytułu. Cóż… O współczesnym „dziennikarstwie” kiedyś się pewno wypowiemy, ale teraz nie czas na to.

Na szczęście Geekozaur w kolejkach nie stoi, bo jest bucowaty i potrafi się zaakredytować telepatycznie. Skoro zatem największa kupa Polconu nas ominęła, to bez kozery damy imprezie ósemeczkę (no może siódemkę) za całą resztę.

Dlaczego? Bo było pysznie! Fajna miejscówka (choć minus za miejsce na Targi Popkultury – rzekomo imprezę otwartą, na którą nikt spoza konwentu nie dotarł, bo jak miał tam trafić skoro nie było żadnych sensownych wskazówek, plakatów i inszej informacji). No ale centrum miasta, co oznacza całą knajpek z jedzeniem (ach, zupo pho! Gdzie jesteś, zupo!? Czemu nie ma cię w Krakowie!?). Blisko do Remontu (szkoda, że gówniany DJ puszczał gównianą muzykę oraz wpuszczano każuali na tarło zwane wieczorkiem samotnych serc), który był konwentową knajpą z piwem za piątaka (we Warszawie!). Ekstremalnie tanie noclegi (co prawda w wyrzyganym przez martwą słonicę Alcatrazie – ale jednak 40 blach – plus VAT – za trzy noce to się nie zdarza), położone raptem 5 przystanków od Polibudy. Żyć, nie umierać.

Program sycił – naprawdę. Geekozaur spotkał na konwencie hordę swoich (luckowych) dzieciaków z obozów RPG i wypytał ich o to solidnie. Większość miała w planach przynajmniej osiem-dziesięć spotkań, co dobrze świadczy o pracy organizatorów. Oczywiście i my nie daliśmy się prosić i zorganizowaliśmy kilka tłumnie obleganych prelekcji, zabawiając naszą ukochaną publiczność opowieściami o serialach, muzyce, kreskówkach i paru innych rzeczach. Kudosy tutaj dla dwóch Kubusiów – Ćwieka – to ten Kłamca, Bangarang, z którym poprowadziliśmy brawurową prelekcję SF, drugs and rock’n’roll (część druga na jakimś kolejnym konwencie) i Wiśniewskiego z Cosia Na Progu, który wspomógł nas swoją wiedzą na temat animepulpy (Na potęgę Posępnego Czerepu!) za wspólnie prowadzone spotkania – musimy to koniecznie powtórzyć!

[Edit: oczywiście dziękujemy także Foce i Ostremu, z którymi poprowadziliśmy dwugodzinną prelekcję o jakże znaczącym tytule „Jak zrobić dobry konwent”]

Tym samym zresztą rozpoczęliśmy nowy format spotkań – Geekozaur i przyjaciele, w którym zapraszamy do współprelegowania różnych naszych dobrych znajomych, by razem zrobić jeszcze bardziej wystrzałowe i niezwykłe prelekcje. Ciąg dalszy na kolejnych konwentach.

Krakon i Po(l/kra)kon łączy jedno – duże ilości psów na organizatorach wieszane. Geekozaur żywi nadzieję, że psy, jak to psy – szczekają. A karawana, jak to karawana – będzie jechać dalej. Dziękujemy zatem Morfionowi i Toudiemu oraz Xaricowi i MaWro (oraz wielu innym Orgom) za włożoną w oba konwenty pracę. Rozumiemy problemy i rozgrzeszamy Was. W końcu bez Was i Waszej aktywności nie byłoby tych imprez, a smutni fani siedzieliby na internetach (i wieszali na Was psy za to, że nic nie robicie).

Dzięki :-D

A na koniec zapis dwugodzinnego panelu Konwenty dawniej i dziś, który Geekozaur miał przyjemność współprowadzić na Krakonie wraz z Foką, Maedeą i repkiem.

Nakręcone przez Raport Obieżyświata.

#0029

Geekozaury
Geekozaur – intertekstualny blog Puszona i lucka o filmach, serialach, komiksach, książkach, fanach, konwentach, muzyce, jedzeniu i innych hobby w krytycznym sosie postmodernistycznej nerdozy.
Obserwuj nas na Facebooku!
Maciej ‚lucek’ Sabat i Michał ‚Puszon’ Stachyra