Moja wanna czyli gościnny anonimowy głos kobiecy w temacie wiadomym

Geekozaur milczy, bo pracuje całą parą nad kilkoma projektami, które ujawnił (np.: Fundacja Popkulturalna) lub ujawni za moment.

Geekozaur milczy też w temacie (nie)słynnej Pyrkongate, vel Wannagate, vel #szuciecycemgate. Bo ma oczywiście swoje zdanie, ale jeśli będzie je wygłaszał do w kuluarowych rozmowach, a nie na forum publicznym. Bo tak uważa i tak chce.

Geekozaur został jednak poproszony przez dobrze sobie znaną (i cenioną) koleżankę o opublikowanie jej tekstu na temat całego zamieszania jakie wybuchło po opublikowaniu filmiku z wanną pełną kostek. Koleżanka (nazwijmy ją umownie Zenobią) pragnie pozostać anonimowa, bo nie wyobraża sobie, jak miałaby odeprzeć falę hejtu, jaka (jak zakłada), będzie tym razem skierowana przeciwko niej.

Zenobia jest osobą, która od ostatnich czterech dni głową po ścianach na widok zachowania wszystkich bliższych i dalszych znajomych, z których powychodziły bestie. Różnych gatunków.

Szanujemy wolę i prośbę Zenobii i publikujemy jej wpis bo sądzimy, że jest ważny w całej tej dyskusji. Powinniśmy co prawda zaznaczyć, że poglądy kogoś tam nie muszą być zgodne z poglądami kogoś tam i redakcja niczym Piłat umywa ręce, ale jesteśmy Geekozaurem i się nam nie chce.

Tymczasem oddajemy głos i łamy:

Czuję się mocno przytłoczona zjawiskiem nienawiści, jakie narosło wokół sprawy z Wannagate i protestami przeciwko notorycznemu molestowaniu, jakie ma miejsce na konwentach i w środowisku związanym z fantastyką w Polsce. Z tego powodu postanowiłam anonimowo ugryźć tę sprawę ze strony, o której chyba wszyscy zapomnieli.

W całej tej awanturze brakuje wyważenia i głosu rozsądku. W ciągu jednego weekendu udało wam się, drodzy histerycy z obu stron konfliktu, zdemonizować świat, który dotychczas widziałam jako pełen ludzi życzliwych i z gruntu dobrych. Nie mam zamiaru upierać się, że problem molestowania i seksizmu w naszym środowisku zupełnie nie istnieje, ale nie chcę też przyznawać racji tym, którzy pokazują go jako ultymatywny dramat tysięcy kobiet funkcjonujących w fandomie i przyległościach.

Parę lat temu, pod koniec liceum, trafiłam na pierwszy w moim życiu konwent, a był to Polcon w Zielonej Górze. Mój zachwyt atmosferą i ludźmi, których wtedy poznałam, był absolutnie nie do opisania. Zresztą sami pewnie całkiem nieźle pamiętacie pierwszy kontakt ze światem fantastów – ludzi o otwartych głowach, z mnóstwem pasji i tego cudownego rodzaju szaleństwa. Ludzi, których różniły odległości miejsc zamieszkania, wiek i status społeczny. Na pewno czynniki te nie przeszkadzały wam jednak w polubieniu się od pierwszego wejrzenia, bo przecież wreszcie trafiliście na kogoś, kto przeczytał wszystkie te książki i grał we wszystkie te gry, które były wam tak bardzo bliskie.

Dla mnie najbardziej niesamowitym elementem tego barwnego środowiska, w które tak nagle i znikąd wpadłam, był niemal nieznany mi wcześniej szacunek do kobiet. Nieznany, bo nie wiem, jak wy, ale ja na przestrzeni lat edukacji publicznej w Polsce stykałam się z naprawdę niebagatelnymi przejawami seksizmu i nienawiści międzypłciowej. I bynajmniej nie były to żartobliwe, choć nietaktowne i niedojrzałe prośby o pokazywanie cycków zamiast opaski. Co ciekawe, trzymałam się zawsze chłopaków, czyli strony we wspomnianym konflikcie szczególnie seksistowskiej, więc nie doświadczałam tego zjawiska na własnej skórze. Chłopcy izolowali się od dziewczyn, traktowali je jak istoty z kosmosu, zupełnie jawnie uważali za tępe, fałszywe i zakochane w babskich intrygach. Słowa przypominające „laski są głupie, ale trzeba z nimi jakoś żyć, bo dają dupy, ale ty jesteś inna, bo jesteś naszym kumplem” słyszałam często. Wstyd mi trochę teraz, mimo anonimowości, ale nie broniłam rówieśniczek w najmniejszym stopniu, bo pasował mi układ, w jakim się znajdowałam, no i dziewczyny w moim ówczesnym wieku faktycznie jawiły mi się jako niezerowo rąbnięte plotkary, które mówiły jedno, a robiły drugie i tak jakby nie dało się z nimi rozmawiać. Kończąc osobisty wybieg – życie nauczyło mnie, że fajnie jest ziomić się z facetami, tak długo, jak jesteś w ich oczach niekobietą. Seksizm pełną gębą, c’nie?

I teraz przenosimy się na wspomniany wcześniej pierwszy w moim życiu konwent, na który przybyłam jako pretensjonalna, bo udająca chłopca w sukience, gówniara (jasne, taki wiek, ale jak teraz myślę o sobie z tamtych czasów, marzę o broni palnej i wehikule czasu). Mogę z pełną premedytacją powiedzieć, że bez zbędnych metafor i koloryzowania, zachowanie kompletnie losowych, poznawanych wtedy przeze mnie mężczyzn i chłopców, uczyniło wtedy ze mnie kobietę, która już nigdy, aż do teraz, nie musiała wstydzić się swojej płci, czy to biologicznej, czy emocjonalnej. Byłam traktowana jak księżniczka, prawdopodobnie pierwszy raz czułam się świetnie i adekwatnie we własnej skórze. Na najdrobniejszą prośbę młodzi i starzy, ładni i brzydcy, nieśmiali i otwarci mężczyźni entuzjastycznie służyli pomocą, radą, informacją, nerką do transplantacji, kurtką, miejscem do spania i opinią, a wszystko to okraszone nabożnym wręcz szacunkiem. To był, moi drodzy, totalny matriarchat, a ja i wszystkie otaczające mnie tam dziewczyny i kobiety, bez względu na wiek, urodę i ilość odsłoniętego ciała, byłyśmy nieomal obiektami kultu.

Nie chcę się odwoływać do faktu, że samica w stadzie jest nieporównywalnie cenniejsza w procesie reprodukcji, niż dowolny samiec, bo wolę myśleć, że cała troska i cały szacunek, których zawsze doświadczałam od setek randomowych panów na konwentach wynikały z takiego, a nie innego ich usposobienia, a nie pierwotnych instynktów biologicznych. Chcę natomiast z tego miejsca podziękować za te lata, w których wszystkie (a przynajmniej – patrząc po napawających mnie głębokim smutkiem zwierzeniach molestowanych koleżanek – 99% z nas) byłyśmy waszymi księżniczkami, panowie. Dziękuję za te lata bezinteresownego przepuszczania w kolejce do akredytacji, robienia sobie z nami zdjęć, kiedy przygotowałyśmy szczególnie dobry cosplay i doceniania kompetencji podczas tysięcy wysłuchanych prelekcji i przegadanych przy piwie godzin. Bezinteresownego, bo nie podejrzewam, żebyście admirowali nas i szanowali z nadzieją, że padniemy przed wami na kolana i machniemy wam gałkę z wdzięczności.

Jak wspomniałam wcześniej – nie wstydziłam się bycia kobietą przez te lata od pierwszego konwentu, bo środowisko związane z fantastyką pokazało mi, że totalnie powinnam być z tego dumna. Ale dzięki tej wciąż rozdrapywanej z każdej strony awanturze o koleżankę Martę w wannie pełnej kostek, czuję się, jakbym jednak powinna się wstydzić. Przede wszystkim – dzięki ludziom wmawiającym mi, co jest, a co nie jest rażącym przejawem seksizmu i nienawiści wobec kobiet – wstydzić tej stereotypowej kobiecej głupoty, która spowodowała, że przez cały ten czas, kiedy myślałam, że jestem lubianą i podziwianą przyjaciółką, traktowaną ze szczególnym szacunkiem, byłam w rzeczywistości molestowanym, uprzedmiotowionym obiektem seksualnych zainteresowań.

Z drugiej strony barykady, na którą to stronę na samym początku flamewaru uciekłam (nie do końca rozsądnie), potknęłam się niestety o ludzi na tyle nieracjonalnych, by angażować się w jakiekolwiek wymiany zdań z histeryczkami, które nazywając się feministkami, w zamkniętych grupach dyskusyjnych (przewidzianych tylko dla kobiet) używały wobec siebie słów z kategorii „niedopchana kurwa”. Takie wymiany zdań musiały skończyć się dla rzeczonych naiwnych łosiów puszczeniem nerwów i zużyciem arsenału kompletnie niemądrych sformułowań jak „to nie wina organizatorów, że nie zgłosiła molestowania”, które bardzo łatwo znadinterpretować w kierunku „sama jest sobie winna”. Wiadomo, że taka nadinterpretacja i bycie nazwanym seksistą, chociaż pięć razy zaznaczyło się, że z całego serca wspiera się inicjatywę pomagania ofiarom molestowania, powoduje frustrację i zwrotną falę nienawiści.

Patrząc na zachowanie obu stron Wannagate, pogodziłam się już z faktem, że przez nieszczególnie mądrze formułowane i czasem impulsywne odpowiedzi tej strony, która – jak zawsze myślałam – wbrew pozorom i plotkom wielbi kobiety, długofalowo w konflikcie zwycięży strona, która w rzeczywistości kobiet, kobiecości i międzypłciowych naturalnych różnic nienawidzi. Będziemy mieli informatory pełne „uczestników/czek” i „graczy/czek”, obowiązkowo przy każdych drzwiach znajdziemy oddzielnych ochroniarzy płci żeńskiej do sprawdzania bransoletek i identyfikatorów tylko dla pań, żeby ograniczyć damsko-męski kontakt i prędzej czy później ktoś niewinnie celebrujący światowy dzień przytulania wyląduje w więzieniu. No i już nigdy taka dziewczyna, jak niegdysiejsza 18-letnia JA – zakompleksiona, wiecznie udająca kogoś, kim nie jest – nie zostanie kobietą dzięki tej niewinnej (a choćby i, cholera, winnej!) męskiej admiracji.

Te słowa to przy okazji rodzaj podziękowania za te lata wspaniałej damsko-męskiej koegzystencji, w trakcie której poznawałam samych sympatycznych facetów, którzy nie okazywali się wilkami w owczej skórze i zawsze opiekowali się mną jak przegięłam na imprezie, nie miałam gdzie spać albo odwaliłam coś spektakularnie głupiego i trzeba było mnie ratować. A nadałam tej deklaracji charakter publiczny i anonimowy, bo pozwalam sobie podziękować wam również w imieniu tych koleżanek, po których zachowaniu wcale nie widać w ostatnich dniach wdzięczności za tę bohaterską cierpliwość (która pewnie się skończy dzięki kiełkującemu również we mnie po tej awanturze, lękowi przed kobietami, ich skomplikowaniem i nademocjonalnością) i za ten ogromny, choć czasem tak niezdarnie okazywany szacunek.

PS: Z uwagi na fakt, że zamierzam pozostać osobą anonimową i nie planuję wyjaśniać przesłania tego tekstu w jakichkolwiek dalszych komentarzach, tłumaczę naprędce, że powyższy tekst nie ma na celu bagatelizowania sytuacji, w których kobiety i mężczyźni doświadczają jakichkolwiek form przemocy. Pragnę po prostu zauważyć, że jest to mimo wszystko sprawa do spokojnego i kulturalnego przedyskutowania w gronie zainteresowanych, a nie głośnego ostracyzmu wszystkich organizatorów imprez masowych, którzy od dziesiątków lat ciężko pracują na poprawienie wizerunku środowiska fantastów w Polsce. Nie puściłabym swojej córki na Pyrkon nie dlatego, że organizatorzy nakręcili niefortunny filmik promocyjny, ale dlatego, że zachowanie osób deklarujących się w komentarzach jako wieloletni członkowie tej społeczności było, zarąbiście eufemistycznie rzecz ujmując, niepokojąco agresywne.

Koniec. Przemyślcie proszę te słowa. Bądźcie dla siebie milsi. Zakładajcie częściej dobrą wolę drugiej strony.

Bawcie się dobrze na Pyrkonie. Geekozaur tam będzie ze swoim programem.