5 książek, które zmieniły nasze dzieciństwo

Lubimy sobie przywalić czasem przysłowiową bułę. Najczęściej buła jest na nieświadomce, wrzucona na listę geekozaurowych tematów od niechcenia, jako fajna propozycja dobrego tekstu, który na dodatek sam się napisze. A potem przychodzi termin realizacji i jest Mordor, kaplica, pomór i ogólna słabość. Po raz kolejny potwierdza się również fakt, że rzeczy proste i łatwe są zawsze najtrudniejsze.

Puszon: Tym razem postawiliśmy sobie wspólnie z luckiem nieco trudniejsze zadanie. Pięć książek, które zmieniły nasze dzieciństwo – w sensie powiodły nas do geekozy – ale bez książek z szeroko rozumianej fantastyki – bo z nimi byłoby za łatwo. Sami Indianie, kowboje, mówiące zwierzęta, skarby, statki i szabelki – czyli rzeczy, które jarały młodych chłopców w zamierzchłych latach osiemdziesiątych… Książki

Jak już zorientowaliśmy się przy okazji naszego wpisu o grach bardzo ciężko jest wybrać „tylko 5”. Bo jak się człowiek zaczyna zastanawiać, to nagle uświadamia sobie, że różnych książek, które skrzywiały zmieniały pogląd na różne rzeczy było naprawdę dużo. A najfajniejsze to mi lucek podebrał i o nich pisze. A jeszcze część z nich to np.: serie. I który tom wybrać (ja postanowiłem nieco pokantować i wrzuciłem cykl jako jedną pozycję).

Bo w dzieciństwie/ młodości (a zresztą i później) czytałem dużo. Nawet bardzo dużo – pamiętam, że w podstawówce (takiej wiecie 8-letniej) mieliśmy z dwojgiem znajomych swoistą rywalizację – kto pożyczy więcej książek ze szkolnej biblioteki – i oczywiście przeczyta je. A biblioteka szkolna to było tylko jedno z miejsc skąd czerpałem lektury – nie sposób tu pominąć naprawdę imponującą biblioteczkę moich rodziców oraz dziadków, z którymi przez pewien czas mieszkaliśmy. Do tego jeszcze biblioteka osiedlowa, książki pożyczane od znajomych oraz te własne – na początku otrzymywane jako prezenty (jakoś tak dziwnie się działo, że 3/4 moich prezentów to były książki, ale zupełnie mnie to nie martwiło), z czasem kupowane w antykwariatach czy „pod Halą Targową” (bo niestety „taniej książki” jako takiej nie było jeszcze. Biblioteczka rodziców, choć bardzo duża, dopiero z czasem mnie zainteresowała, jako że dominowały w niej książki wojenne (zwłaszcza wojna na Pacyfiku, która stanowiła główną domenę zainteresowań mojego taty) oraz biografie – różnych,  niespecjalnie wówczas interesujących mnie osób.

Źródeł książek było wiele, czasu tak samo, a zachęty ze strony rodziców i dziadków robiły swoje – więc czytałem, czytałem i czytałem. Robiłem też masę innych rzeczy – piłka nożna, tenis (zimą narty), granie na komputerze, oglądanie filmów na video, różne zabawy z rówieśnikami, a do tego jeszcze szkoła… Hmm jakim cudem miałem na to wszystko czas?

Czytałem najróżniejsze książki – zmieniało się to oczywiście z wiekiem, ale tak czy siak dominowały przede wszystkim książki przygodowe, podróżnicze, „indiańskie”, historyczne i z czasem kryminały i powieści szpiegowskie. Ale nie pogardziłem oczywiście wszelkimi książkami „dla młodych czytelników”, bajkami i baśniami czy nawet książkami „dla dziewczyn” (chyba cały cykl o Ani z Zielonego Wzgórza. Ale dość już przydługiego wstępu, czas na słów parę o konkretach – w kolejności przypadkowej.

Seria o Tomku Wilmowskim, Alfred Szklarski (czyli: Tomek w krainie kangurów, Tomek na Czarnym Lądzie, Tomek na wojennej ścieżce, Tomek na tropach Yeti, Tajemnicza wyprawa Tomka, Tomek wśród łowców głów, Tomek u źródeł Amazonki, Tomek w Gran Chaco oraz Tomek w grobowcach faraonów).

Tomek na Czarnym Lądzie

Tomek na Czarnym Lądzie

Nie wyobrażam sobie, żeby można jej było nie znać. Dziejące się w różnych dzikich i niezbadanych miejscach globu przygody młodego Polaka i jego przyjaciół na początku XX wieku wciągnęły mnie niesamowicie. Serię zacząłem poznawać od tomu piątego, otrzymanego chyba na 10-te urodziny, szybko przeczytałem wszystkie wówczas dostępne, a następnie przeczytałem je jeszcze raz i jeszcze kolejny. Totalnie mnie zauroczyły. Poznawałem wraz z nimi odległe miejsca i ich mieszkańców, a zamieszczane w książkach przypisy tylko wzmagały zainteresowanie tematem i skłoniły mnie z czasem do sięgania po poważniejsze pozycje podróżnicze (a z czasem po reportaże, a z czasem o książki historyczno-polityczne skąd już tylko krok był do wybrania sobie dziedziny studiów…). Książki o Tomku śledziłem z palcem na mapie, uzupełniałem brakujące mi informacje i ciekawostki przepytując dorosłych czy wgłębiając się w encyklopedię (to takie wielkie książki, których ludzie używali zanim powstała wikipedia).

Gdy w 1994 ukazał się Tomek w Grobowcach Faraonów, czyli ostatni tom dopisany już przez współautora po śmierci Szklarskiego – to oczywiście cały cykl został skonsumowany po raz kolejny.

Jako grafikę zdobiącą tą część notki wybieram okładkę drugiego tomu – Czarny Ląd odkryty dla mnie po raz pierwszy w „W pustyni i w puszczy”, podsycany potem przez Tomka właśnie był dla mnie długi czas najbardziej fascynującą terra incognita, do czasu aż mój tata sprawił mi olbrzymią (chyba 200×120 cm) mapę Afryki. Wtedy stał się kolejnym kontynentem, którego stolice znam na pamięć :)

Skarb w srebrnym jeziorze, Karol May

Karol M.

Karol M.

Długo wahałem się, którą z książek Karola M. wybrać. Bo musiał pojawić się na pewno – książki o Indianach w jego wykonaniu, a także ich niezapomniane niemiecko-jugosłowiańskie ekranizacje ustawiały podwórkowe zabawy na wiele lat. Pierwszym wyborem wydawał się oczywiście Kapitał Winnetou, ale akurat 3 tomy opowieści o synu Inczu Czuny nigdy nie były moimi ulubionymi. Za długie, pełne zbyt licznych opisów, a ponadto smutno się kończące…

Dlatego wybór padł na Skarb w srebrnym jeziorze – w którym mamy całą plejadę bohaterów Maya – pojawia się i Winnetou i Old Shatterhand, a także Old Firehand (chyba też Old Surehand) czy Patterson. Nie pamiętam szczegółów fabuły, wiem jednak, że przeczytałem książkę wiele razy, najpierw jako pożyczoną z biblioteki, a potem jako kupioną (w prezentowanym na zdjęciu wydaniu) za własne pieniądze.

Pan Samochodzik i Templariusze, Zbigniew Nienacki
(oraz inne, kanoniczne, przygody pana Tomasza).

Pan Samochodzik i Templariusze

Pan Samochodzik i Templariusze

Tym razem choć znów piszę o cyklu, nie mam problemu z wybraniem jednego, ulubionego tomu. Templariuszami, a w konsekwencji wszelkimi zakonami rycerskim, a w konsekwencji historią średniowiecza zainteresowałem się właśnie dzięki drugiemu tomowi przygód Pana Samochodzika. Czego tu nie było? Harcerze (to akurat mnie nigdy nie pociągało), super samochód i to amfibia w dodatku, historyk, który jest równocześnie detektywem, templariusze, Malbork, a do tego wszystkiego w ekranizacji jeszcze Hans Kloss w roli głównej. Minami.

Kiedy pierwszy raz czytałem książki z tej serii byłem jeszcze naprawdę młody i niewinny i zupełnie nie wyczuwałem tak widocznego (ponoć) w serii umiłowania PRLu. Cóż były to po prostu fajne książki, dziejące się w ciekawych miejscach Polski – niektóre z tych miejsc potem specjalnie zwiedzałem w swego rodzaju podróżach śladami pana Samochodzika.

Wspomniałem, że uznaję tylko kanoniczne powieści – za moich czasów książek o Panu Samochodziku było 12, teraz gdy patrzę w wikipedię znaleźć można ich tam przeszło 100! Kilka książek Nienackiego włączono nieco na siłę do tego cyklu, a potem pozwolono pisać (a może zmuszono?) kolejne tomy różnym, bardzo różnym autorom (w tym m. in. Andrzejowi Pilipiukowi).

Tajemnicza Wyspa, Juliusz Verne

Tajemnicza Wyspa

Tajemnicza Wyspa

Już na początku postanowiłem sobie, że do niniejszego zestawienia wsadzę tylko jedną książkę (ew. cykl) danego autora. Inaczej nigdy by mi się nie udało dokonać selekcji. Bo książek Verne’a mógłbym wrzucić tu znacznie więcej – gdy po przeczytaniu „W 80 dni dookoła świata” zakochałem się w jego twórczości to przeczytałem (niemal) wszystko co się po polsku ukazało. Wiele rzeczy po kilka razy.

A Tajemniczą Wyspę darzę tak wielkim sentymentem, że nawet teraz, gdy odwiedzam górski domek moich rodziców, biorę tę książkę do świątyni dumania, otwieram na dowolnym rozdziale i czytam kilka, kilkanaście stron.

Losy uciekinierów z ogarniętej Wojną Secesyjną Ameryki, którzy rozbijają się na zagubionej wyspie gdzieś na środku Pacyfiku, a potem mozolnie budują małą cywilizację wprost oczarowały mnie. A gdy jeszcze okazało się, że pojawia się tam Kapitan Nemo, a na koniec przypływają Dzieci Kapitana Granta to już byłem w siódmym niebie. No dobra prawie byłem, bo gdy pierwszy raz czytałem to nieco obraziłem się na autora, za zniszczenie Wyspy.

Znów mnóstwo interesujących przypisów, do tego ciekawie podane, rzeczy teoretycznie mega nudne – czyli procesy chemiczne, dużo geografii, trochę historii – dla małego przyszłego geeka to było to!

No i Verne to de facto prekursor steampunku, a steampunk to Wolsung ;)

Pies Baskerville’ów, Artur Conan Doyle.
(oraz pozostałe 3 powieści i wszystkie opowiadania o Sherlocku Holmesie)

Pies Baskerville'ów

Pies Baskerville’ów

Znowu – wybór tylko jednej pozycji był mordęgą. Sherlocka poznałem jako bohatera filmów oglądanych na VHSie, potem natrafiłem na grę na Atari (Baker Street 221B) i gdy zorientowałem się, że są „o tym” jeszcze książki to postanowiłem je zdobyć i przeczytać. Znalazłem w biblioteczce rodziców jakiś tomik opowiadań (nie pomnę już jaki), a potem dostałem – już na zamówienie – właśnie Psa Baskerville’ów. Bardzo się bałem czytając to po raz pierwszy. Starałem się rozwiązać zagadkę, oczywiście mi się nie udało, ale…. Nie muszę chyba dodawać, że wpadłem w świat Sherlocka po uszy i dzięki temu zresztą wciągnąłem się niesamowicie we wszelkiego rodzaju kryminały.

Niezmiernie mnie w związku z tym cieszy trwający od kilku lat (dzięki ci Guyu R.) renesans zainteresowania detektywem z Baker Street.

lucek: pan kierownik Puszon czytał w życiu dużo. Ale pan kierownik lucek jest prawdziwym bucem, ma dwie lewe ręce, przez co czytał więcej! W siódmej klasie podstawówki (tak, tak dzieci, kiedyś podstawówka miała więcej, niż sześć klas) byłem zapisany do biblioteki szkolnej, trzech bibliotek osiedlowych, Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej oraz dzięki specjalnemu poruczeniu dyrekcji szkoły, do biblioteki Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Kielcach. Ilość papieru, jaka przechodziła mi przez ręce była niewiarygodna. Czytałem wszędzie i w każdych okolicznościach – jedząc, jeżdżąc na nartach, grając w tenisa, spotykając się ze znajomymi. Czasami czytałem książkę w czasie czytania książki w czasie czytania książki. A do tego miałem zasadę, że każdą rozpoczętą książkę kończę, choćby nie wiem co.

W sumie to dziwię się, że nie zostałem książką.

Żeby wydurnianiu się położyć tamę przechodzę błyskawicznie do mojej listy pięciu tomów, które zbudowały we mnie nerda. Puszon, jak zwykle, oszukał i dał cykl. To ja też oszukam – i moje książki będą trochę bardziej fantastyczne i nerdowskie, niż jego, a do tego także w cyklach. A żeby kochanych Czytelników troszkę potrzymać w napięciu, zaczynam od pozycji piątej, najmniej istotnej (z tych istotnych).

Łowcy5. Trylogia Jamesa Oliviera Curwooda, czyli Łowcy wilków, Łowcy złota i Łowcy przygód.

Chyba najbardziej prawdziwa dzikozachodnia literatura, jaka powstała. Bo wiecie – Karol May siedział w niemieckim więzieniu, Sat-Okh w wieku siedemnastu lat opuścił Kanadę, Wernic raptem kilka razy odwiedził indiańskie rezerwaty. A Curwood? Wychował się na farmie w Ohio, skąd zwiał w wieku lat piętnastu, zabierając fuzję i wnyki. I przez następne czterdzieści lat szwendał się po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, przemierzając dziesiątki tysięcy mil natury. Polacy uwielbiali Curwooda tak bardzo, że po wydaniu dwóch tomów cyklu o Łowcach zażądali trzeciego, którego najzwyczajniej w świecie nie było. Wówczas tłumaczka cyklu, Halina Borowikowa, występująca pod pseudonimem Jerzy Marlicz, napisała brakujący epizod sagi. Te trzy tomy to historia chyba najbardziej epickiej przygody, jaka kiedykolwiek mogła wydarzyć się dzieciakom. Każdy chciał być dzielny jak Rod i sprytny jak Wabi. Polować na wilki i znaleźć złoto w Górach Skalistych. Ech…

O czym szumią wierzby4. Kształcenie dżentelmena, czyli O czym szumią wierzbyKenneth Grahame

Znowu 1908 rok, zupełnie jak u Curwooda. Tylko, że klimat zupełnie, zupełnie inny. Powolna, dystyngowana angielska prowincja, którą jak siedem egipskich plag nawiedza czynnik chaosu w postaci pana Ropucha. Straszną ta książeczka budziła we mnie ambiwalencję. Bo z jednej strony koncept mówiących żab, kretów, wydr i innych zwierząt był przerażający i kompletnie niezrozumiały dla trzylatka (tak, tak Mamo… nie zapomnę Ci tego nigdy…). Z drugiej – już wtedy wiedziałem, że jestem dystyngowanym, angielskim dżentelmenem i rozpoznawałem w opisywanych krajobrazach, osobach i zdarzeniach moje prawdziwe dziedzictwo. Książeczka towarzyszyła mi przez całe dzieciństwo, uczyłem się na niej czytać i właśnie z niej wyniosłem pierwszą ważną prawdę moralną: kiedy jedziesz automobilem jedź tak, żeby nikt nie mógł cię złapać. I jeszcze jedno: każdy cwaniak Ropuch musi mieć swojego twardego Borsuka.

Oko Proroka3. Władysław Łoziński – Oko proroka czyli Hanusz Bystry i jego przygody

Oko proroka! Synopa Archioka! Musztułuk! Bedryszko cię pozdrawia! Tysiące razy powtarzałem w głowie te tajemne hasła, czekając, czy w nocy nie przyjedzie po mnie na koniu Semen, żeby mnie zabrać w przygodę na dzikie pola, hen za porohy Dniepru, za chutory najdalsze. Chwyciłem się tej powieści bardzo, chyba dlatego, że była tak bardzo inna, niż wszystko, co do tej pory czytałem – bo była pierwszą powieścią historyczną – i pierwszym odkrywaniem historii w ogóle. Dostałem ją na szóste urodziny od kuzynki Elwirki, która dziś zarządza działami HR w wielkich korporacjach. Wtedy potrafiła nabazgrolić z błędem dedykację „Dla Maćka na szuste urodziny”. Ale co tam ortograf – ważne, że się działo, szabelki błyskały, kule leciały, intryga, tajemnica, zdrada i sekrety! Uwielbiałem i nadal uwielbiam Łozińskiego, zdecydowanie sobie go przedkładam nad sienkiewiczowanie.

Doktor Dolittle2. Hugh Lofting kształtuje wrażliwą natura młodzieńca – Doktor Dolittle z ferajną

Bez dwóch zdań mogę stwierdzić, że moją najważniejszą książką formacyjną nie było, wbrew wielkiemu żalowi mojego szanownego Papy, żadne czytadło chłopca grzecznego. Ani trochę nie ruszało mnie męstwo węgierskiego nacjonalisty Nemeczka z Chłopców z Placu Broni, nie drżałem słusznym gniewem na straszliwą ranę sardyńskiego dobosza z Amicisowego Serca. Nawet Winnetou nie do końca mi imponował. O wiele, wiele bardziej wolałem przygody grubego, łysego doktora, który potrafił, ni mniej, ni więcej, tylko rozmawiać ze zwierzętami. Przeczytałem wszystkie dwanaście tomów (nawet te wydane w latach 90, kiedy byłem już nieco za dużym chłopcem), sam wymyśliłem dobre pięć kolejnych. Wszystko mi się podobało w Doktorze – oprócz głupiej kaczki Dab-Dab, która irytowała mnie swoją przyziemnością i miałkością. To strasznie fajne książki, które nauczyły mnie szanować zwierzątka. Dajcie je swoim dzieciom do czytania!

Alicja1. Perwersyjny matematyk Lewis Caroll dla swojej dziewięcioletniej Alicji w Krainie Czarów

To bardzo dziwna książka. Rodzice nie czytali mi jej w wieku szczenięcym, ale zawsze leżała na półce z dziecięcymi lekturami, tuż obok legendarnej czarnej krowy w kropki bordo. Sam musiałem na nią trafić, a kiedy już wpadła mi w ręce, stała się moim sekretem. Nie rozmawiałem o niej z rodzicami, nie mówiłem nikomu. Czytałem po kawałku, zdziwiony tym tripem tak bardzo, jak tylko można się zdziwić. Te dziwne, absurdalne wizje autora, posplatane i pospinane senną logiką brały mnie całościowo. Alicja towarzyszyła mi przez całe życie, woziłem ze sobą mój egzemplarz wszędzie, gdzie miałem zamiar dłużej przebywać. Mieszkała ze mną w Krakowie, w Londynie, w Warszawie. Była w Pradze i w Berlinie. Aż w końcu jedna taka Alicja zabrała ją, kiedy każde z nas pakowało swoje książki ze wspólnej biblioteki. Z perspektywy czasu widzę, że wykpiłem się tanim kosztem – właściwa Alicja została głęboko w mojej głowie. I od wielu lat nie chce się z niej wynieść.

 

#0016