Era Kindle’a, czyli upadek czytelnictwa papierowego.

Obie niezrównane połowy Geekozaura są wielkimi miłośnikami książek. Naprawdę wielkimi. I naprawdę książek. We wpisie sprzed tygodnia wspominaliśmy o rekordach czytelniczych, które biliśmy w swych latach szczenięcych. Ci, którzy nas znają wiedzą, iż nieraz deklarowaliśmy nasze wielkie przywiązanie do tradycyjnej formy czytelnictwa – naprawdę długo głosiliśmy przekonanie, że czytać można tylko z książki. Takiej papierowej, pachnącej świeżością. Lub starej, zaznaczonej zębem czasu (i notatkami poprzednich właścicieli), ale wciąż papierowej. No bo jak tu nie wąchać książek? Przecież czytanie z monitora to pomysł poroniony (i tak nas bolą oczy od dziesiątek godzin spędzonych za klawiaturą). Książka na ekranie – wolne żarty. Tylko tradycyjna forma. Jesteśmy pieprzonymi bibliofilami i wiemy co jest dobre!

Tak było do zeszłego roku. Wtedy obaj kupiliśmy sobie Kindle. I wszystko się zmieniło. Panie, Panowie – Geekozaur autorytarnie stwierdza – to już koniec czytania z papieru. Witajcie w Erze Kindle’a. Witajcie w Amazonii.

czytników moc

czytników moc

Puszon: Pod pewnymi względami jestem konserwatystą. Nie w kwestiach obyczajowych, oczywiście, ale na przykład w temacie nowinek technologicznych. Nie rzucam się na nowe gadżety, raczej przyglądam im się z uwagą. I jeżeli uznam, że są naprawdę potrzebne to dopiero wówczas je nabywam. I potem długo i owocnie używam. Dotyczy to jednak niewielkiej ilości stuffów. Zdecydowanie nie jetem gadżeciarzem.
Pamiętam moje deklaracje z połowy liceum „nigdy nie będę używać komórki”. Zdanie zmieniłem dopiero po dłuższym czasie, ale (znów konserwatyzm) mam ten sam numer od 15 lat. O zawsze „opóźnionych” modelach moich komórek może kiedyś napiszę. Podobnie sprawa wyglądała np. z bezprzewodowym internetem czy używaniem GPSa (a co ja mapy nie mam?).

I tak też miała się sprawa z czytnikami książek.

antykwariatKsiążki zacząłem nałogowo kupować w czasach licealnych – gdy pojawiły się równocześnie: większe kieszonkowe (oraz możliwość dorabiania jakichś dodatkowych drobnych pieniędzy) i księgarnie z tanią książką. Ta zabójcza mieszanka przyniosła mi 200-300 dodatkowych pozycji (głównie fantastyka i kryminały) w mojej kolekcji. Potem kupowałem zarówno w normalnych księgarniach, jak i w taniej książce czy antykwariatach. Do tego doszło zdobywanie książek na konwentach (nałogowe wygrywanie konkursów), otrzymywanie egzemplarzy recenzenckich, a Mirek Jabłoński, pisarz SF, którego stronę stworzyłem załatwił mi „spadek” po swojej znajomej – kolejne kilkaset pozycji. A jeszcze później odkryłem, że mogę sobie na firmę kupować książki w cenach hurtowych :)

A więc czytałem, czytałem – dawniej więcej, z czasem nieco mniej (zawsze te minimum 2 ksiązki miesięcznie), ale zawsze był to papier. Już we wstępie wspomniałem, że jestem maniakiem papieru, jego zapachu, faktury i gramatury. Ponieważ sam od 4 lat wydaję książki (podręczniki do Wolsunga) to z czasem zacząłem jeszcze na książki patrzeć zawodowym okiem. Zanim zacznę książkę czytać, najpierw porządnie ją obmacam, poprzeglądam i sprawdzę strony techniczne.

I zawsze sądziłem, że te wszystkie przyczyny spowodują, że nigdy nie porzucę papieru. A wszystko przez zagraniczne podróże. Lubię czasem polecieć z żoną do ciepłego kraju, tam trochę pozwiedzać, a trochę poleniuchować na plaży. Nie lubię jednak plażować bezczynnie, czy w długich trasach autobusowych tylko gapić się na krajobraz. No i kiedy za poprzednim razem wziąłem ze sobą do Turcji 4,5 kg książek – i zabrakło mi mimo, że przeczytałem również lektury małżonki. Stwierdziłem, że tak dalej nie można – przepytałem znajomych, potestowałem kilka modeli – i kupiłem sobie Kindle’a. Takiego zwykłego klasycznego.

To nie jest Puszon

To nie jest Puszon, to nie jest też lucek.

I przypomniało mi to jak bardzo lubię czytać. I jak dużo mogę czytać. Bo Kindle (czy inny czytnik) pozwala czytać częściej, łatwiej – w miejscach, w których do tej pory nie czytałem. Bo nie chciało mi się nosić grubej książki ze sobą. Bo nawet jak była mniejsza to często nie warto było jej wyjmować. Bo zanim się znajdzie fragment gdzie się skończyło to trzeba będzie skończyć….

A teraz te problemy nie istnieją. Czytać można wszędzie, w każdej chwili, a książka którą czytałeś otwiera się dokładnie w miejscu gdzie skończyłeś. A może nie chcesz już jej czytać? Spoko, masz miejsce na kilka tysięcy innych. I każda otwarta w miejscu, w którym skończyłeś czytać. Możliwość wyszukiwania słów pozwala przypomnieć sobie, gdzie już czytałeś o tej postaci (ach tak, trzy tomy temu autor wspomniał o niej w dwóch akapitach). W ogóle czytanie całych cykli nabiera nowego smaku – łatwo wrócić do poprzedniego tomu, sprawdzić pewne rzeczy, porównać opisy. Przeczytałem ostatnią całą Grę o tron (a w zasadzie cykl Pieśń Ognia i Lodu). I w miarę postępu lektury – wracałem do poprzednich tomów, aby wciąż pamiętać gdzie są poszczególne postacie i co robią. I jak umierają, bo wszyscy wiemy, że to ich główne zadanie w sadze Martina.

Czytam teraz absolutnie wszędzie. Myjąc zęby, czekając w kolejce, stojąc na światłach czy w korku, w autobusie, ubikacji, na spacerze. Oczekiwanie na spóźnioną osobę okraszam sobie lekturą, podobnie jak samotny posiłek czy każdą podróż. Kindle idealnie sprawdzał się na plaży, gdzie oślepiające słońce nie jest przeszkodą – przecież nie odbija się w monitorze.

lampkeNo właśnie bo nie ma monitora, w sensie takiego ekranu promieniującego światłem, męczącego dla oczu i niezdatnego do używania w słońcu. Jest e-atrament, który sprawia, że litery czyta się miło i przyjemnie. A właśnie – masz słaby wzrok i niedowidzisz liter – żaden problem, możesz sobie powiększyć do rozmiarów niczym z tablicy do badania wzroku (tego dolnego rzędu).

W zasadzie jedynym mankamentem jest konieczność posiadania zewnętrznego źródła światła do czytania jak jest ciemno. Ale to nie problem. Żona sprawiła mi taką fajną lampkę :)

lucek: czytanie w pięciominutowej kolejce, czytanie na trasie dwuprzystankowej, czytanie w trakcie dowolnej krótkiej podróży, czytanie sześciu książek naraz, czytanie klasyków po raz kolejny, czytanie na nudnych spotkaniach, czytanie w trakcie czekania na jedzenie w knajpie, czytanie w językach obcych, czytanie dziesięciu książek na tydzień. To wszystko albo odkryłem w ogóle, albo odkryłem na nowo właśnie dzięki Amazonowi. Pokazałem też Kundla rodzicom. Po dziesięciu minutach przeraziłem się, że będę musiał kupować sobie nową zabawkę, tak bardzo radzie plemienia spodobał się mój gadżet. Na szczęście udało mi się jakoś go uratować, ale czuję że na Gwiazdkę pożądanymi prezentami będą czytniki z porządnymi zestawami e-booków.

KindleNiestety, nie wszystkie chwile w życiu posiadacza Kundla są jasne i szczęśliwe. W pewnym momencie dzieje się rzecz straszna i wierny czytnik odmawia posłuszeństwa. Pół biedy, jeśli coś pogmatwa mu się w jego elektronicznej główce. Twardy reset zwykle pomaga na takie schorzenie. Ale jest gorszy problem – zawał ekranu. Objawia się tym, co widać na zdjęciu i zdarza się w dziwnych okolicznościach. Oczywiście, kiedy osobowość jednego z Geekozaurów z całą swą gravitas oparła się na Kundlu, ten nie mógł tego wytrzymać i poddał się bez walki. Z drugiej jednak strony zupełnie inny czytnik (zupełnie innego Geekozaura) wielokrotnie spadał z wysokości do jednego metra, był noszony w plecaku i w kieszeni – i nic mu się nie stało. Do czasu, aż pewnego poranka po prostu pokazał paski. Leżał w etui, ładował się i zepsuł.

KindleTaka chwila jest prawdziwą próbą dla człowieka i jego relacji ze sprzedawcą. W końcu te dwie stówy (cwaniak mode: on – Kundel z USA z reklamami za 69 dolarów) piechotą nie chodzą, a na dodatek książki się same nie przeczytają. Na szczęście – to Amazon. Wizyta na stronie, zgłoszenie problemu i już leci do nas nowiutki czytnik. Bez zbędnych ceregieli, pierdół i głupot. Z dostawą na koszt firmy. Paczka dociera (kurierem, więc nie zginie) w ciągu paru dni i składa się z nowego Kundla (yay!) oraz pudełka zwrotnego na martwy egzemplarz, który zabierze ze sobą pan kurier. I koniec. Polityka gwarancyjna godna pierwszego świata. Człowiek wreszcie czuje się jak człowiek…

No chyba, że jego czytnik był kupiony w USA, w jednej ze specjalnych promocji, w której Warranty Policy jest limited to USA. Wtedy zaczynają się schody i z kochanego Amazon staje się dziwny.

Konsultant Amazonu poleca

Konsultant Amazonu poleca

KindleOczywiście, nadal to Amazon pokrywa wysyłkę Kundla ode mnie do USA, przesyła paczkę tamże i odbiera martwy czytnik na swój koszt. Problemem jest angażowanie osoby trzeciej. Na szczęście mój problem jest tylko moim problemem, Puszon dwa tygodnie temu dostał swojego trzeciego gwarancyjnego Kundla i wszystko jest w porządku (damn you, world!).

Mieliśmy wspomnieć jeszcze o inicjatywie naszych znajomych, którzy za [tyle ile chcesz zapłacić] sprzedają ebooki naszych znajomych – ale gdybyśmy chcieli oddać cesarzowi, co cesarskie ta notka rozrosłaby się do gargantuicznych rozmiarów. Dlatego tylko wspomnimy o BookRage – jeśli chcecie kupić pakiet kryminałów, śpieszcie się, zostały tylko 2 godziny do końca!

Hodujecie w domu Kundle? Wymienialiście je? A może wolicie Eclicto (nic nie wiesz, Jonie Snow)? Macie inne zdanie na temat ebooków i czytników? Czekamy na komentarze, pamiętajcie, że Geekozaur żywi się nimi – a nikt nie chce, żeby chodził głodny, prawda?

#0018